Gdybym miała nazwać swój stosunek do Amsterdamu i określić moje w nim miejsce, użyłabym wyrażenia "wakacyjny mieszkaniec". Podobnie jak "niedzielny kierowca", który trochę niepewnie porusza się swoim rzadko używanym samochodem, za każdym razem na nowo uczę się dobrze przecież znanych ulic, z niedowierzaniem reagując na zmiany zachodzące podczas mojej nieobecności. Mój Amsterdam różni się od tego turystycznego - bywa rodzinny, świąteczny, zalany słońcem i przemoczony deszczem. Zdarza mi się tu nudzić, chorować na grypę, przez cały wieczór oglądać telewizję, jechać po wigilijne zakupy do polskiego sklepu.
To wakacyjne zamieszkanie przejawia się w dziesiątkach wspomnień, które uruchamiam na hasło "Holandia". Podróż autokarem z licealnymi przyjaciółkami, nasze pierwsze kolorowe drinki z palemkami w barze Mr Cocos na Rembrandtplein, nowofundland sąsiadów, który zajmując całą powierzchnię schodów, skutecznie bronił wejścia do ich mieszkania. Łódka znajomych, którą przepłynęliśmy wszystkie kanały, kolejki do klubów Paradiso i Melkweg, lody Haagen Dazs w wielkanocny poniedziałek 2008 r. Otrzymane w prezencie od nieznajomych przechodniów bilety do muzeum, koncert Rolling Stonesów, piknik w zoo i wiele, wiele innych zdarzeń, o których mogłabym opowiadać w nieskończoność.
*** Po raz pierwszy przyjechałam tu w połowie lat 90. Podróż trwała 20 godzin, w autokarze brakowało powietrza, pasażerowie poniżej dwudziestki poddawani byli wyjątkowo starannej kontroli granicznej. Amsterdam był moją pierwszą "zagranicą", kojarzoną do tej pory z holenderskim przysmakiem hagelslag (czekoladowa posypka wykorzystywana głównie jako składnik kanapek) i półmetrowymi pudełkami kredek we wszystkich kolorach tęczy przysyłanymi przez mieszkającą w
Holandii rodzinę.
Zaskoczyły mnie wtedy niezwykle gościnne squaty przy ulicy Spui i najpiękniejsza na świecie aksamitna marynarka kupiona na targu Waterlooplein. Imprezy w squatach i hippisowskie ubrania z second handu doskonale pasowały do muzyki, której wtedy słuchałam, ulubionych filmów i książek. W Amsterdamie nikt nie zachowywał się ani nie wyglądał dziwnie. W ogóle - absolutnie nic nikogo nie dziwiło. Mieszały się pokolenia, języki, życiowe doświadczenia, bunt przestawał być buntem, wyciszały się niemal wszystkie konflikty.
Któregoś roku przywiozłam ze sobą rolki i codziennie jeździłam po Vondelparku. Godzinami przyglądałam się roześmianym i rozśpiewanym ludziom, którzy spędzali tu przerwy na lunch, odbywali biznesowe spotkania, wyprowadzali psy i bawili się z dziećmi. Park, w którym według definicji holenderskich dzieci kwiatów, "wszystko jest możliwe i prawie wszystko wolno", zapoczątkował moją osobistą listę amsterdamskich przebojów. Każdy jej punkt był od początku wynikiem twardych wewnętrznych negocjacji, kompromisów i trudnych decyzji. Lista ewoluuje do dziś, zmienia się razem ze mną w rytmie kilkudniowych wakacji spędzanych tu raz na kilka miesięcy.
Dziś mój Amsterdam zaczyna się na lotnisku Schiphol. Można tu kupić poręcznie opakowany ser baby gouda w zestawie ze specjalnym krajaczem i parą miniaturowych chodaków, można zajrzeć do muzeum (filia muzeum narodowego Rijksmuseum działa od 2002 r.), a nawet - wyjść za mąż (
www.schipholweddings.nl). Za każdym razem bez żalu rezygnuję z tych atrakcji i z zatłoczonego pociągu relacji Schiphol - Amsterdam Centraal, przesiadam się w tramwaj i po 20 min jestem w domu.
Mieszkam przy Reguliersgracht, jednym z najpiękniejszych kanałów w samym centrum miasta. To kanał w sam raz na długie (w lipcu robi się ciemno na godzinę przed północą) letnie wieczory, zwłaszcza w weekendy. Wszyscy się tu znają. Sąsiedztwo ma w sobie coś z życia w wielopokoleniowej rodzinie, która akceptuje drobne dziwactwa swoich członków i chętnie wspomina przeżyte wspólnie przygody. Zanim zapadnie zmierzch, na uliczkach, które łączą Reguliersgracht z innymi kanałami, nasi sąsiedzi wystawiają z domów kanapy i fotele, otwierają na oścież znajdujące się na wysokości chodnika okna i drzwi - ulica staje się naturalnym przedłużeniem ich salonów i kuchni. Około północy część z nas przenosi się na
plaże pod miastem, które latem zamieniają się w nocne kluby ze świetną muzyką i caipirinhą wypijaną na kocyku przyniesionym w koszu piknikowym. Tańce do świtu połączone z nocnym piknikiem na świeżym powietrzu i świetnym klubowym nagłośnieniem, jakoś trudno wyobrazić sobie w
Polsce. Tu sprawdzają się znakomicie.
*** Zimą życie wokół kanałów zamiera, tak samo intensywny pozostaje tylko ruch rowerowy. Ta intensywność bywa niebezpieczna, zwłaszcza w wykonaniu setek nieznających miasta turystów. Łatwo ich rozpoznać po zaczerwienionych z wysiłku dłoniach, kurczowo zaciśniętych na kierownicach wypożyczonych rowerów. Poruszający się na dwóch kołach niemal od urodzenia Holendrzy oprócz kierownic w pewnych rękach trzymają kubki z kawą, teczki, parasole i telefony.
W Amsterdamie przekonałam się, że kilka sezonów intensywnej jazdy rowerem po Warszawie nie wystarczy, by bezkolizyjnie poruszać się wśród setek rowerów, samochodów i pieszych obwieszonych obiektywami aparatów fotograficznych. Na szczęście odkryłam też, że umiarkowanie odważni cykliści mogą w miarę bezpiecznie poruszać się po Amsterdamie na wygodnych i dość powolnych beach cruiserach - amerykańskich rowerach z grubymi oponami i stabilną, szeroką kierownicą - dostępnych w wypożyczalni Mike's Bike przy Kerkstraat (
www.mikesbiketoursamsterdam.com). Z pracownikami Mike'a można umówić się na całodniową wycieczkę, dowiedzieć się, jakie zasady obowiązują cyklistów w Amsterdamie i jak zabezpieczyć się przed kradzieżą roweru. Na beach cruiserze miasto wydaje się jeszcze mniejsze i jeszcze ciekawsze, a wybór kierunku, który obiorę po wyjściu z Mike's Bike, jest niemalże wyborem egzystencjalnym.
Jeśli pojadę w lewo, trafię do mojego ulubionego Muzeum van Gogha, w którym w piątkowe wieczory organizowane są performance, pokazy taneczne i przedstawienia nawiązujące do aktualnych wystaw. Wystawy te są festiwalem cytatów i zapożyczeń, aluzji, wariacji i pojedynków z twórczością autora "Słoneczników". Oprócz fascynujących przeglądów dzieł malarzy inspiratorów van Gogha i tych, którzy się nim inspirowali, raz na kilka lat otwierane są zbiory grafik Vincenta i inne eksponaty zachowane przez Theo van Gogha, młodszego brata mistrza. Kilka lat temu muzeum rozbudowano, dzięki czemu można było uatrakcyjnić program, w którym znalazła się m.in. wystawa "Gejsza i kurtyzana" przygotowana w 2006 r. przez Victora i Rolfa, parę najsławniejszych holenderskich projektantów mody.
Po sąsiedzku mamy Rijksmuseum i remontowaną właśnie dawną siedzibą Stedelijk Museum (Muzeum Sztuki Nowoczesnej). Wszystkie trzy wyznaczają granice Museumplein - placu, na którym kilka lat temu zagościła uwielbiana przez dzieci i zwierzęta fontanna. Obok niej na specjalnym torze ćwiczą akrobacje rolkarze i skaterzy, kilka kroków dalej można sobie zrobić zdjęcie na tle wielkiego, kolorowego napisu "Amsterdam". To typowe dla tego miasta połączenie - kontrolowany chaos umożliwiający łagodną symbiozę najróżniejszych form ludzkiej aktywności.
*** Uciekając przed blaskiem fleszy z setek kieszonkowych aparatów, wracam Kerkstraat w kierunku rzeki Amstel. Wjeżdżam w Utrechtsestraat i parkuję przed najważniejszym przebojem, wręcz evergreenem na mojej liście. Concerto to najlepszy sklep muzyczny w mieście. Można tu znaleźć nowe i używane płyty CD i DVD, winyle, książki, plakaty. Codziennie spędzam tu co najmniej godzinę, długo decydując, jakiego gatunku muzyki będę słuchać, w nieskończoność oglądając okładki płyt. Z myślą o koneserach okładek (bo trudno uwierzyć, że w obawie przed złodziejami) wszystkie płyty są wyjmowane z pudełek, wkładane do oznaczonych numerami koszulek i ciasno ustawiane na drewnianych, sięgających sufitu regałach. W końcu nadchodzi mój ulubiony moment - po porównaniu składów, instrumentów, tekstów piosenek i oprawy graficznej wybieram zestaw płyt na dany dzień, zakładam słuchawki i staję przy ladzie z widokiem na wypełnione płytami półki.
To tutaj kilka lat temu po raz pierwszy usłyszałam Joshuę Redmana, który dość regularnie występuje na odwiedzanym przeze mnie co roku lipcowym North Sea Jazz Festival (
www.northseajazz.com), jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Holandii. W latach 1976-2006 organizowano go w Hadze. Ostatnio, mimo żarliwych protestów publiczności i dziennikarzy, przeniósł się do Rotterdamu. Concerto już w marcu (wtedy pojawiają się pierwsze informacje na temat programu North Sea Jazz na dany rok) zaczyna promować festiwalowych artystów, stawiając na debiutantów i tych jazzowych tuzów, którzy od dawna nie występowali na żywo. Dosyć tanio można tu kupić zremasterowane zapisy koncertów z lat 60., dołączyć do tego niezliczone biografie Milesa Davisa i kilka jego płyt, spośród których ulubioną przez właścicieli i pracowników, bo puszczaną na okrągło, wydaje się muzyka do filmu „Windą na szafot” Louisa Malle'a z 1958 r.
Utrechtsestraat, przy której mieści się zajmujące partery trzech kamienic Concerto, to połączenie statecznego mieszczańskiego szyku (roi się tu od bardzo drogich delikatesów, piekarni, sklepów z markowymi butami i ubraniami), młodzieżowej ekstrawagancji, która znajduje schronienie w awangardowych salonach fryzjerskich i nowo otwartym sklepie American Apparel, oraz sąsiedzkiej sztamy zawiązywanej w zakurzonych barach, takich jak Café Van Leeuwen na rogu Keizersgracht. Znowu na jednej ulicy zgodnie koegzystują znawcy lokalnych marek piw i jałowcówki oraz ubrane w odblaskowe legginsy dzieci najzamożniejszych mieszkańców dzielnicy.
*** O ile lato zawsze upływa mi pod znakiem North Sea Jazz i wielogodzinnych spacerów, o tyle deszczowe amsterdamskie jesienie i wiosny skłaniają do częstszego chodzenia do kina. Zazwyczaj szerokim łukiem omijam zabytkowe kino Tuschinski wymieniane we wszystkich przewodnikach. Wolę The Movies na Haarlemerdijk - na tętniącej życiem o każdej porze roku, trochę nietypowej ulicy łączącej przepiękną dzielnicę Jordaan z okolicami Dworca Centralnego. Kino działa od 1912 r. (Abraham Icek Tuschinski zaczął budować gmach przy Reguliersbreestraat sześć lat później), jest połączone z kawiarnią i restauracją, w której godzinami można dyskutować o obejrzanych właśnie filmach. Repertuar The Movies (podobnie jak innych moich ulubionych - Cinecenter na Lijnbaansgracht i Uitkijk na kanale Prinsengracht) to przede wszystkim dzieła europejskich reżyserów dostrzeżone w Cannes i Berlinie, które rzadko albo ze skandalicznym opóźnieniem trafiają do
Polski.
Haarlemerdijk to ulica nowocześnie umeblowanych barów, sklepów ze zdrową żywnością i ubraniami vintage. Nawet sieciowa kawiarnia Beans & Bagels wygląda jakoś inaczej i serwuje dużo smaczniejsze bajgle. Stosunkowo mało tu turystów, życie toczy się spokojniejszym rytmem. Dobrze zaopatrzony sklep z akcesoriami rowerowymi i komis z lampami z lat 60. bledną w zestawieniu ze sklepem z używanymi oprawkami do okularów, na który przy odrobinie szczęścia można trafić w jednym z zaułków w drodze z Haarlemerdijk na Jordaan.