Etiopska rzeka Omo bierze swój początek na Wyżynie Abisyńskiej. Przedziera się przez góry, tworząc kilka zjawiskowych kanionów (w tym chyba najpiękniejszy - Serenity Canyon), kończąc bieg po 760 km, w Jeziorze Turkana. Trzy-cztery razy do roku, między wrześniem a listopadem, kilka światowych firm specjalizujących się w organizacji spływów pontonowych na różnych kontynentach zabiera turystów na wyprawy raftingowe tą dziką rzeką.
Wraz z Piotrem Opacianem, eksploratorem Amazonii i zdobywcą prestiżowej nagrody Kolosa (w 2005 r. za samotną wyprawę w górę boliwijskiej rzeki Madidi), pokonaliśmy we dwójkę 508 km Omo. Daliśmy się ponieść jej brunatnym wodom na niewielkiej czeskiej palavie (nadmuchiwane canoe) o długości niecałych czterech metrów. Naszą wyprawę zorganizowaliśmy sami...
***Wyruszamy 15 grudnia 2008 r. Opuszczamy
hotel Taitu w centrum Addis Abeby i wynajętym za 100 dolarów samochodem z kierowcą jedziemy drogą w kierunku Jimy. Po dwóch-trzech godzinach pokonujemy 180 km i docieramy do mostu na rzece Gibe w bezludnej, górzystej okolicy.
Gibe wkrótce przechodzi w Omo. Dostrzegamy z okien samochodu "naszą" rzekę wijącą się w dole. Przeżywamy chwile niepewności - czy niesie dość wody? Jest przecież pora sucha, trawy na zboczach wyschnięte, niebo bezchmurne...
Kilku pastuszków pomaga nam znieść ekwipunek, ładujemy wszystko do wodoszczelnych worów i ruszamy. Zaczynamy z wysokości 1067 m n.p.m. GPS wskazuje 309 km w linii prostej do mety w Mui Junction skąd 27 grudnia ma nas odebrać umówiony transport, ale rzeką może być nawet dwa razy więcej.
Za sprawą Omo przeniesiemy się w czasie - ludy mieszkające w jej dolnym biegu od setek lat żyją tak samo, zachowując tradycyjne wierzenia, ubiory i sposoby uprawiania ziemi, zdobycze cywilizacji tu nie dotarły. Od pierwszego machnięcia wiosłem Omo nie jest nam przychylna - od razu nabieramy wody na potężnym bystrzu. Z prawego brzegu wskakuje do rzeki niemal czterometrowy krokodyl o zielonkawożółtym brzuchu. Przez chwilę wiosłujemy mocniej, ale krokodyl jest chyba bardziej przestraszony niż my.
Zaczyna się ściemniać. Rozbijamy obóz na lewym brzegu. Pierwszej nocy nie śpimy dobrze. Z jednej strony huczą bystrza, a z drugiej schodzi w dół po stromiźnie ściana ognia - pewnie pasterze podpalili zbocza porośnięte suchymi trawami
***Wstajemy skoro świt, wypływamy i od razu natykamy się na stado hipopotamów. Te sympatycznie wyglądające zwierzaki są podobno wyjątkowo niebezpieczne dla człowieka. Pod względem wielkości dorównują nosorożcom białym, ustępując jedynie słoniom.
W górnym Omo spotykamy je często, raczej nie są agresywne. Widząc, że je omijamy, zostawiają nas w spokoju. Początkowo stada liczą od czterech do sześciu osobników, im niżej spływamy, tym są liczniejsze (największe dochodzą do ok. 20 sztuk). Figlują w wodzie między czarnymi głazami, wypuszczając nosem fontanny kropelek. Wygrzewają się na słońcu tam, gdzie skały ustępują miejsca piaszczystym łachom i łagodnym brzegom. Pewnego ranka przepływamy jakieś trzy metry od młodego hipcia śpiącego błogo pośrodku rzeki, w łagodnej cofce za kamieniem. To najpiękniejsze chwile spływu, nagroda za wszelkie trudy...
Trzeci nocleg wypada w miejscu zajmowanym przez hipopotamy. Gdy jemy kolację, przewodnik stada okazuje niezadowolenie z naszego pobytu - fika koziołki, podpływa blisko obozu i ryczy. Wypuszcza też nosem powietrze, co brzmi tak, jakby jakiś potwór wycierał nos w chusteczkę.
Dokładamy drewien do ogniska, ale obozowiska nie opuszczamy. Tej nocy słyszymy też pawiany awanturujące się na drugim brzegu. Hipopotamy cały czas krążą w wodzie, hałasując, a busz dudni od przedziwnych odgłosów.
***Omo zadziwia nie tylko bogactwem fauny, ale przede wszystkim swoją siłą. Bystrza dochodzą do klasy IV w klasyfikacji ww (od angielskiego
white water, oznaczenie skali trudności spływania górskimi rzekami - od I do VI). Nurt jest porywisty, często występują odwoje i nieregularne duże fale, szczególnie w miejscach, gdzie kanion ma tylko 7-8 m szerokości. Co ciekawe, tam, gdzie skały okalające koryto nie są wyższe niż pięć metrów, Omo nabiera dużej prędkości. Zdarza nam się też płynąć po tzw. szachownicy - wąskimi przesmykami pomiędzy dużymi, czarnymi kamieniami i konarami. Kiedy docieramy do schodzących prostopadle do rzeki kanionów, wysokich na 200 m i porośniętych zielenią, jesteśmy zdumieni niezwykłym spokojem i ciszą.
Omo uczy nas pokory. Już po pierwszej wywrotce mam rozciętą głowę, a mój kompan stłuczoną kość ogonową. Lista strat materialnych też jest znacząca: zgubione wiosło i okulary oraz sandały zerwane z nóg przez rozszalały nurt.
Od rana do wieczora wiosłujemy. Słońce chowa się za góry, a my ciągle przedzieramy się przez kanion. Brakuje sił, a końca nie widać... Zataczając się ze zmęczenia, rozbijam namiot, piję podaną przez Piotra herbatę i zasypiam na twardym podłożu (materac też się zgubił po drodze).
***Dopiero piątego dnia spotykamy ludzi (nieprzystępne brzegi w górze rzeki są niezamieszkałe). Proszą, byśmy im przewieźli na drugą stronę worki z rzeczami, sami przeprawiają się na napompowanych kozich skórach. Bierzemy, ile się da, i wiosłując ostrożnie, płyniemy w asyście radosnych okrzyków.
Po niemal tygodniu przedzierania się przez góry wpływamy z wolna na równinę zamieszkałą przez lud Me'en, który wciąż żyje tak, jak przed wiekami.