http://turystyka.gazeta.pl/i/obrazki/turystyka/turystyka.szukaj-blank.pnghttp://turystyka.gazeta.pl/i/obrazki/turystyka/turystyka.szukaj-blank.pnghttp://turystyka.gazeta.pl/i/obrazki/turystyka/turystyka.bygoogle.png

Gazeta.pl > Turystyka >  Serwisy >  Gazeta Turystyka

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS turystyka.gazeta.pl

Etiopia z canoe. Omo dla zuchwałych

Maciej Tarasin
2009-02-09, ostatnia aktualizacja 2009-02-10 16:52

Przeprawa przez Omo
Przeprawa przez Omo
Fot. Piotr Opacian

We dwóch pokonaliśmy 508 km dzikiej afrykańskiej rzeki

Kobiety i dzieci z plemienia Mursi
Fot. Piotr Opacian
Kobiety i dzieci z plemienia Mursi
Nasza palava na brzegu Omo
Fot. Piotr Opacian
Nasza palava na brzegu Omo
Dolny bieg Omo
Fot. Piotr Opacian
Dolny bieg Omo
Hipopotam
Fot. Piotr Opacian
Hipopotam
GALERIA ZDJĘĆ
Etiopska rzeka Omo bierze swój początek na Wyżynie Abisyńskiej. Przedziera się przez góry, tworząc kilka zjawiskowych kanionów (w tym chyba najpiękniejszy - Serenity Canyon), kończąc bieg po 760 km, w Jeziorze Turkana. Trzy-cztery razy do roku, między wrześniem a listopadem, kilka światowych firm specjalizujących się w organizacji spływów pontonowych na różnych kontynentach zabiera turystów na wyprawy raftingowe tą dziką rzeką.

Wraz z Piotrem Opacianem, eksploratorem Amazonii i zdobywcą prestiżowej nagrody Kolosa (w 2005 r. za samotną wyprawę w górę boliwijskiej rzeki Madidi), pokonaliśmy we dwójkę 508 km Omo. Daliśmy się ponieść jej brunatnym wodom na niewielkiej czeskiej palavie (nadmuchiwane canoe) o długości niecałych czterech metrów. Naszą wyprawę zorganizowaliśmy sami...

***

Wyruszamy 15 grudnia 2008 r. Opuszczamy hotel Taitu w centrum Addis Abeby i wynajętym za 100 dolarów samochodem z kierowcą jedziemy drogą w kierunku Jimy. Po dwóch-trzech godzinach pokonujemy 180 km i docieramy do mostu na rzece Gibe w bezludnej, górzystej okolicy.

Gibe wkrótce przechodzi w Omo. Dostrzegamy z okien samochodu "naszą" rzekę wijącą się w dole. Przeżywamy chwile niepewności - czy niesie dość wody? Jest przecież pora sucha, trawy na zboczach wyschnięte, niebo bezchmurne...

Kilku pastuszków pomaga nam znieść ekwipunek, ładujemy wszystko do wodoszczelnych worów i ruszamy. Zaczynamy z wysokości 1067 m n.p.m. GPS wskazuje 309 km w linii prostej do mety w Mui Junction skąd 27 grudnia ma nas odebrać umówiony transport, ale rzeką może być nawet dwa razy więcej.

Za sprawą Omo przeniesiemy się w czasie - ludy mieszkające w jej dolnym biegu od setek lat żyją tak samo, zachowując tradycyjne wierzenia, ubiory i sposoby uprawiania ziemi, zdobycze cywilizacji tu nie dotarły. Od pierwszego machnięcia wiosłem Omo nie jest nam przychylna - od razu nabieramy wody na potężnym bystrzu. Z prawego brzegu wskakuje do rzeki niemal czterometrowy krokodyl o zielonkawożółtym brzuchu. Przez chwilę wiosłujemy mocniej, ale krokodyl jest chyba bardziej przestraszony niż my.

Zaczyna się ściemniać. Rozbijamy obóz na lewym brzegu. Pierwszej nocy nie śpimy dobrze. Z jednej strony huczą bystrza, a z drugiej schodzi w dół po stromiźnie ściana ognia - pewnie pasterze podpalili zbocza porośnięte suchymi trawami

***

Wstajemy skoro świt, wypływamy i od razu natykamy się na stado hipopotamów. Te sympatycznie wyglądające zwierzaki są podobno wyjątkowo niebezpieczne dla człowieka. Pod względem wielkości dorównują nosorożcom białym, ustępując jedynie słoniom.

W górnym Omo spotykamy je często, raczej nie są agresywne. Widząc, że je omijamy, zostawiają nas w spokoju. Początkowo stada liczą od czterech do sześciu osobników, im niżej spływamy, tym są liczniejsze (największe dochodzą do ok. 20 sztuk). Figlują w wodzie między czarnymi głazami, wypuszczając nosem fontanny kropelek. Wygrzewają się na słońcu tam, gdzie skały ustępują miejsca piaszczystym łachom i łagodnym brzegom. Pewnego ranka przepływamy jakieś trzy metry od młodego hipcia śpiącego błogo pośrodku rzeki, w łagodnej cofce za kamieniem. To najpiękniejsze chwile spływu, nagroda za wszelkie trudy...

Trzeci nocleg wypada w miejscu zajmowanym przez hipopotamy. Gdy jemy kolację, przewodnik stada okazuje niezadowolenie z naszego pobytu - fika koziołki, podpływa blisko obozu i ryczy. Wypuszcza też nosem powietrze, co brzmi tak, jakby jakiś potwór wycierał nos w chusteczkę.

Dokładamy drewien do ogniska, ale obozowiska nie opuszczamy. Tej nocy słyszymy też pawiany awanturujące się na drugim brzegu. Hipopotamy cały czas krążą w wodzie, hałasując, a busz dudni od przedziwnych odgłosów.

***

Omo zadziwia nie tylko bogactwem fauny, ale przede wszystkim swoją siłą. Bystrza dochodzą do klasy IV w klasyfikacji ww (od angielskiego white water, oznaczenie skali trudności spływania górskimi rzekami - od I do VI). Nurt jest porywisty, często występują odwoje i nieregularne duże fale, szczególnie w miejscach, gdzie kanion ma tylko 7-8 m szerokości. Co ciekawe, tam, gdzie skały okalające koryto nie są wyższe niż pięć metrów, Omo nabiera dużej prędkości. Zdarza nam się też płynąć po tzw. szachownicy - wąskimi przesmykami pomiędzy dużymi, czarnymi kamieniami i konarami. Kiedy docieramy do schodzących prostopadle do rzeki kanionów, wysokich na 200 m i porośniętych zielenią, jesteśmy zdumieni niezwykłym spokojem i ciszą.

Omo uczy nas pokory. Już po pierwszej wywrotce mam rozciętą głowę, a mój kompan stłuczoną kość ogonową. Lista strat materialnych też jest znacząca: zgubione wiosło i okulary oraz sandały zerwane z nóg przez rozszalały nurt.

Od rana do wieczora wiosłujemy. Słońce chowa się za góry, a my ciągle przedzieramy się przez kanion. Brakuje sił, a końca nie widać... Zataczając się ze zmęczenia, rozbijam namiot, piję podaną przez Piotra herbatę i zasypiam na twardym podłożu (materac też się zgubił po drodze).

***

Dopiero piątego dnia spotykamy ludzi (nieprzystępne brzegi w górze rzeki są niezamieszkałe). Proszą, byśmy im przewieźli na drugą stronę worki z rzeczami, sami przeprawiają się na napompowanych kozich skórach. Bierzemy, ile się da, i wiosłując ostrożnie, płyniemy w asyście radosnych okrzyków.

Po niemal tygodniu przedzierania się przez góry wpływamy z wolna na równinę zamieszkałą przez lud Me'en, który wciąż żyje tak, jak przed wiekami.

Źródło: Gazeta Turystyka

Zobacz więcej na temat:

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

2 głosy