Do Mozambiku wystartowałem z Mbabane, stolicy Suazi (Swaziland) zapakowaną do granic wytrzymałości (jak to w Afryce) taksówką, czyli mocno przechodzonym minibusem. Bagaż, który nie mieścił się już na kolanach i pod nogami podróżnych, w tym mój duży plecak, upchnięto za dodatkową opłatą (10 randów = 3,50 zł) w niewielkiej przyczepie, obwiązano sznurkiem i nakryto derką. Gdy nie dało się już wcisnąć nikogo więcej, ruszyliśmy do Maputo (ok. 200 km, z przesiadką w Manzini - 60 randów południowoafrykańskich; w Suazi oprócz lokalnej obowiązuje głównie ta waluta).
*** Za sprawą licznych dziur na drodze odpadł błotnik - wrzucono go na przyczepę i przywiązano sznurkiem. Nie zrobiło to większego wrażenia na policyjnym posterunku kontrolnym, którymi usiana jest
Afryka. Kilkadziesiąt kilometrów dalej rozpoczęły się regularne, głośne stuki w podwoziu - kierowca udawał, że ich nie słyszy. Zareagował dopiero na coraz głośniejsze uwagi pasażerów. Zatrzymał się, obejrzał auto, stwierdził, że wszystko jest OK. Ruszyliśmy. Stuki nasiliły się, aż wreszcie coś huknęło - odpadł prawie cały bieżnik z lichej opony. Kierowca podrapał się po głowie i zabrał do wymiany koła. Ale nowe było niewiele lepszej jakości i do tego z niewielką ilością powietrza. Pojechaliśmy dalej, niemal na metalowej feldze. Jakimś cudem dojechaliśmy do granicy. Jako posiadacz dziwnego paszportu wyjątkowo długo czekałem na decyzję urzędników Mozambiku, że mam zapłacić 25 dol. za wizę plus 3 dol. jakiegoś podatku. W tym czasie kierowca doprowadził koło do porządku, pożyczając pompkę od jednego ze stojących na granicy kierowców.
Wjazd do chaosu, jakim jest stolica Mozambiku w okolicach miejsca przyjazdu i odjazdu wszelkich pojazdów, nie powinien był mnie zaskoczyć. A jednak zaskoczył - rozmiarami i niezwykłą, niekończącą się powierzchnią. Szybko przystałem na ofertę "mojego" kierowcy, że za 30 randów (10 zł = 100 meticais, waluta Mozambiku) podrzuci mnie pod hostel Base, w którym zamierzałem zanocować.
W związku z dziwnymi kombinacjami "recepcjonisty" w Base postanowiłem zmienić miejsce na
Fatima's Place przy Ave Mao Tse Tung - znacznie większy, ze sporym patio i miłą obsługą (300 meticais za noc w sali wieloosobowej z własnym śpiworem), 15 min piechotą do nabrzeża i centrum. Plus mapka (gratis) z zaznaczonymi rejonami miasta, których należy unikać. W toalecie duży napis: "Nie zabieraj na miasto żadnego noża, policja na pewno ci go skonfiskuje!". Zastosowałem się do obu wskazówek. Ale nie było przed czym się bronić, co sprawdziłem, maszerując nocą przez Maputo, witany uśmiechami i pozdrowieniami mieszkańców. Ale po kolei.
*** Po późnym obiedzie w Zambezia Restaurant (afrykańskie spaghetti za 120 meticais, piwo 40) ruszyłem na miasto, by odszukać to, co rewolucyjny Mozambik pozostawił po czasach kolonialnych. Dominuje koszmarnie zaniedbana architektura z lat 60. i 70. plus niezwykły bałagan towarowo-ludzki na chodnikach obrzeża centrum miasta, przez które musiałem się przebić, idąc Ave Vladimir Lenine. Odnalazłem jednak kilka perełek, np. białą (wśród ogólnej szarości), strzelistą katedrę Nossa Senhora de Conceicao, ciekawą architekturę Town Hall przy kolonialnym Praca da Independencia, a także budynek Kultury Francuskiej - finezyjne połączenie kolonializmu i współczesności ze znakomitym wykorzystaniem koloru w przestrzeni urbanistycznej (piątka z plusem!).
W Muzeum Sztuki Współczesnej na Ave Karl Marx (wstęp wolny, ale mile widziane datki na utrzymanie placówki) zaproszono mnie na wernisaż, który miał się odbyć następnego dnia. Muzeum gromadzi afrykańską sztukę współczesną, od malarstwa po rzeźbę. Idąc dalej w dół w stronę nabrzeża, trafiam na fortecę, otwartą mimo zapadających ciemności (wstęp gratis). Prezentuje się imponująco w czerwonym świetle zachodzącego słońca, odbitego od ciemnych chmur zawieszonych nad miastem. W środku obejrzałem ciekawą wystawę lalek ozdobionych tradycyjnymi capulanas, czyli kolorowymi bawełnianymi materiałami, których kobiety Mozambiku używają jako spódnic, bluzek, nakryć głowy czy "amortyzatorów" między głową a przenoszonymi na niej kilogramami towarów. Wzory i fasony są nadzwyczaj bogate i zróżnicowane w zależności od rejonu kraju czy okoliczności zakładania capulanas: inne na wesela, do kościoła, na co dzień. A przewodniczka była zarazem twórczynią lalek.
*** Potężne śniadanie (skutek nieporozumień językowych, bo większość obywateli Mozambiku mówi w języku portugalskim bądź jednym z wielu narzeczy) w postkolonialnej Café Continental kosztowało mnie aż 300 meticais (30 zł), ale dla atmosfery miejsca i widoku z foteli ustawionych na zewnątrz na tętniące porannym życiem miasto warto było wydać tę sumę. Wcześniej odwiedziłem niezwykły kolonialny budynek Iron House - piętrowy, cały z nitowanych płyt szarej blachy. Obecnie mieści ministerstwo kultury, ale nikt nie protestował, gdy fotografowałem i filmowałem wnętrza.
Bardzo ciekawa jest dzielnica między starym dworcem kolejowym, zaprojektowanym przez ucznia sławnego Gustawa Eiffla, a futurystycznym, nowoczesnym centrum handlowym. Obejrzałem więc ogromny, kapiący od ozdób meczet, wciśnięty w ciasną zabudowę wąskiej uliczki, i gwarną, rojną halę targową Mercado Municipal o imponującej bramie wejściowej. Tego, co mieści się wewnątrz, nie sposób opisać. Dostać tu można wszystko: od świeżych ryb, ton owoców, warzyw czy orzeszków, poprzez wyroby sztuki afrykańskiej (lub afrykańsko podobnej), do ubrań, sprzętów domowych i wszelkiej tandety. Niekończący się labirynt.
Wybudowane nieopodal nowoczesne centrum handlowe jest czyste, wręcz błyszczące i kolorowe, z obszernym patio i butikami światowych firm. Skupia najbogatszą klientelę miasta i okolicy - ruch i gwar niemal całodobowy. Za jego bramą życie wraca do afrykańskiej normy - uliczni sprzedawcy, długa kolejka na prom, pełna kobiet z tonami towaru na głowach, rozklekotane pojazdy zapakowane do granic wytrzymałości...
Kilkukilometrowa, obsadzona palmami promenada zachęca do długiego spaceru mimo sąsiedztwa z "zakazaną" dzielnicą Central i natrętnych sprzedawców "oryginalnych" francuskich perfum za 100 meticais, wyjątkowo tanich roleksów czy innych okazji. Oglądam okazałe, ciekawe w formie budynki różnych ministerstw i małych firm, nową restaurację dla dobrej klienteli. Na końcu promenady przyjazna restauracja i bar mariny Maputo Waterfront ze sporym basenem i leżakami, gdzie sałatka grecka kosztuje 150 meticais, a piwo z beczki - 40.
Pobyt w Maputo kończę wizytą na wernisażu odbywającym się według scenariusza europejskiego: przemowy, oficjele i szampan. Nawet muzyka grana na żywo przez białego muzyka była portugalska w klimacie, mimo że wystawiała się biała artystka i czarnoskóry artysta.
W planie miałem jeszcze odwiedzenie jednego ze słynnych muzycznych klubów, ale powrót późną nocą (koncerty zaczynały się ok. 21.30) nieco odstraszał, tym bardziej że następnego dnia czekała mnie podróż autobusem BuzBus na trasie Maputo - Tofo. Prawie 500 km, czyli dobre 7 godz. jazdy za 450 meticais (45 zł).
W sieci www.futur.org.mz - informacja turystyczna
www.ccfmoz.com - Centro Cultural Franco-Mocambicano
www.musart.tvcabo.co.mz - Muzeum Sztuki Współczesnej
www.mozambiquebackpackers.com - Fatima Backpackers